Lecąc do Londynu wyobrażałam sobie sceny z filmów jak np. ta z francuskiej wersji Lol'a gdy jechali do Anglii- wiecie, wiatr we włosach i jakaś fajna piosenka w tle. Nie było fajnej piosenki ale wiatr był- i to mocny. Biegaliśmy po Londynie jak wariaci, bo za nasz cel uznaliśmy zwiedzienie całej stolicy w 2 dni i myślę, że nieświadomie pobiliśmy rekord Guinnessa.
Zaczęliśmy spokojnie od zostawienia rzeczy w hotelu, a potem polecieliśmy do Hyde Park'u. Dokładniej chcieliśmy zobaczyć Speakers' Corner. Posłuchać ludzi na tyle odważnych, że przychodzą do parku po to, aby wygłaszać swoje poglądy. Przeszliśmy koło tego miejsca dobre kilka razy. Okazało się, że oni są tam jedynie w niedzielę, a ja mogłam już tylko wyrazić moje poglądy (przed wspaniałą publicznościa jaką stanowili rodzice) na temat własnej niekompetencji.
Nieco speszeni poszliśmy na Trafalgar Square- na szczęście kolumna Nelsona nie przychodzi tylko w niedzielę. Naszym oczom ukazały się też inne, dosyć intrygujące rzeczy takie jak: wielki niebieski kogut czy... latający mistrz Yoda...
Doki św. Katarzyny:
(Najlepsza restauracja w jakiej jadłam (i obsługiwał nas Polak))
Postanowiliśmy urozmaicić sobie powrót i wybraliśmy wodny środek transportu. Nie było to jednak spowodowane chęcią zmiany perspektywy patrzenia na Londyn, ale buntem naszych nóg.
I tym oto miłym akcentem skończył się nasz pierwszy dzień w Anglii.
(P.S. Przepraszam za jakość zdjęć, ale wszystkie były robione komórką w wirze zwiedzania)
















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz