niedziela, 30 listopada 2014

Fall in love with mountains

 

Po ponad pół roku odkąd wzięliśmy psa ze schroniska zauważyliśmy, że Tuńczyk (tak, nazwałam psa Tuńczyk) nie był jeszcze w górach. A przecież to hańba, gdy ma się je tuż pod nosem. To jakby mieszkać na przeciwko morza i nigdy do niego nie wejść (Bez obrazy dla ludzi którzy mieszkają nad morzem i nigdy w nim nie byli). Tak, więc wsadziliśmy psa do bagażnika, co niezbyt mu pasowało, bo on woli być kierowcą, co ceremonialnie pokazywał nieudolnymi (i trochę żałosnymi) próbami wydostania się na siedzenie. I pojechaliśmy. Tuńczyk zakochał się w górach tak samo jak ja za każdym razem gdy wchodzę na szlak. 
Boże, jak ja kocham góry
 
i jak ja kocham śnieg
 
i jak ja kocham zimę
 
i jak nienawidzę świadomości, że jutro muszę wstać tak wcześnie i ruszyć swoje śpiące zwłoki do szkoły. :( Zaczynam odliczać dni do weekendu- 5...






sobota, 29 listopada 2014

How to survive winter

Kocham zimę i chociaż przeraża mnie wizja zimna, czapek oraz szalików które ograniczają ruchy i wplątują się w siano na mojej głowie, jest moją ulubioną porą roku. Pewnie znienawidziłabym ją za regularne niszczenie moich włosów, suchą skórę, czy wyziębiony organizm, ale są takie rzeczy dzięki którym wszystkie minusy znikają, a ja cieszę się, że jest właśnie ta, a nie inna pora roku.
1. Ciepłe koce
Opatulam się nimi, a jak mi się znudzi zawsze mogą przecież posłużyć jako peleryna super bohatera albo sukienka księżniczki...





 Koc F&F- (tesco)
2.Herbata
Odkryłam najlepszą herbatę na świecie i może nie jestem Kolumbem, ale to i tak coś, bo wcześniej żeby herbata mi smakowała musiałam sobie do niej wlewać pół butelki soku malinowego. Kiedyś nawet skończyły mi się zapasy od cioci i poszłam do sklepu, żeby go sobie kupić. Wyszłam z niczym i baardzo zdezorientowana, bo w prawie każdym ,,soku malinowym" soku malinowego było ok 1%.

3. Balsamy, masełka itp. do ust
Moje usta w zimę umierają. Właściwie umierają w każdą porę roku, ale w tę zdychają doszczętnie- dlatego przybywam im z odsieczą i w każdej kurtce, plecaku oraz torbie mam inną pomadkę.




 Ten balsam z Lush'a jest FENOMENALNY. Szczerze mówiąc, nie rozumiem czemu jeszcze nie dostali nagrody Nobla. Jedyny problem jest takie że nie ma go w Polsce... :(
4. Słodkie kapcie.
Myszy (chyba)- F&F (tesco)
5. Wszystko co można wlać, wsypać i wrzucić do wanny.
       (lub czym można się wysmarować pod prysznicem)

Myślałam, że z firmą Lush jest jak z Arizoną- całkiem dobrze smakuje, ale tak naprawdę każdy ją pije, bo ładnie wygląda. Zwracam honor. Miałam więcej tych kulek, ale została mi jedna i wygląda za ładnie żeby ją zużywać, więc na razie tak sobie czeka. :)
6. Świeczki.
 
Nieduszące świeczki- F&F (tesco)
7. Maska i balsam dzięki którym moje włosy i skóra, gdy w kwietniu znów wychodzą na światło dzienne z pod czapki i swetra, jako tako wyglądają :)


8. Książki-
bo książka jest dobra na wszystko, zawsze i wszędzie :D
W śnieżną noc - Maureen Johnson, John Green i Lauren Myracle

poniedziałek, 24 listopada 2014

It's a beautiful day

U2- It's a beautiful day


Z natury jestem aż nad to szczęśliwa. Poprostu nie lubię być smutna, bo wtedy robi mi się głupio. Są miliony ludzi którzy cierpią, naprawdę cierpią, więc jak ja mogę płakać gdy jestem taką szczęściarą? Żyję, jestem w pełni zdrowa, mam wspaniałych rodziców, dom, przyjaciół, tylko ode mnie zależy kim będę w przyszłości, z kim będę i w co będę wierzyć.  Więc- moja rada- następnym razem gdy zrobi ci się gorzej, twoje życie będzie beznadziejne i bezsensu, a ty będziesz najbrzydszą dziewczyną w szkole obejrzyj film taki jak np. ,, Miasto 44", ,, Kwiat pustyni", czy chociażby ,, Gwiazd naszych wina". Może to i dziwne, że gdy jestem smutna oglądam smutne filmy, ale dzięki nim mogę zobaczyć jak wspaniałe mam życie i jak samolubna byłam rycząc z powodu chłopaka, złej oceny, czy głupiej koleżanki, która powiedziała, że jestem gruba.



niedziela, 16 listopada 2014

London Trip (part 2)

London trip (part 1)
Jak to mawia się w mojej rodzinie "Odpoczywać będziemy w grobie", więc o godzinie 7 byliśmy już na nogach. Mój tato stwierdził, że do pałacu Buckingham mamy tylko 40 minut szybszym marszem dlatego zwiedzanie zaczęliśmy właśnie od tego miejsca.
 
 
Jadąc w stronę Tower of London zauważyliśmy, że bardzo dużo osób ma przypiętego do ubrania małego czerwonego kwiatka. Zaczęłyśmy się z mamą zastanawiać czy przypadkiem nie obejrzałyśmy za mało magazynów o modzie i ominęłyśmy jakiś najnowszy trend. 
Okazało się, że zamiast czytać o najnowszych miłościach gwiazd powinnyśmy były kupić sobie książkę historyczną, bo tym roku mija dokładnie 100 lat od 1. wojny światowej. Anglicy aby uczcić ofiary konfliktu postanowili wokół zamku ustawić 888 246 ceramicznych maków, czyli dokładnie tyle ilu było zmarłych. Ustawiali je stopniowo od 5 sierpnia do 11 listopada.
 
 
 
 
Powiedziałam rodzicom, że za dużo chodzimy i chciałabym jednak abyśmy częściej korzystali z uroków Londyńskiego metra, czy chociażby autobusu. Niezbyt się zrozumieliśmy, bo zamiast ograniczyć chodzenie rodzice zabrali mnie do muzeum transportu..
 
 
 
(A i tak toaleta była najbardziej zachwycająca)
 
Później pojechaliśmy do Greenwich. Miałam niesamowitą możliwość bycia na obu półkulach jednocześnie i pewnie świętowałabym to i robiła setki zdjęć ze mną w roli głównej gdy stoję na południku 0, gdyby nie to, że byłam obrażona na cały świat bo tata kazał mi włożyć czapkę. Moja przekora wygrała i nie odezwałam się do rodziców dopóki nie poszliśmy na obiad. Bałam się, że jak czegoś nie powiem to nie kupią mi jedzenia.
 
Mina pt. "Nie chcę z tobą rozmawiać- ta czapka mnie kłuje"
 
 
Na tym zdjęciu patrzę ze zrezygnowaniem na południk, wyobrażając sobie jak wspaniale byłoby umieścić zdjęcie gdy stoję na obu półkulach na instagramie. A nie mogłam przecież poprosić rodziców, żeby takowe mi zrobili, bo to by było równoznaczne z rozejmem.
 
 W sumie w ciągu tych 2 dni zwiedziliśmy więcej niż pokazałam, ale w pewnych momentach postanawiałam cieszyć się chwilami bez upamiętniania ich. A właściwie to tak sobie tłumaczyłam to, że rozładowała mi się komórka. Trzeciego dnia w końcu się wyspaliśmy i poszliśmy na zakupy, a czwartego trzeba było już wracać do domu.
 
(P.S.przepraszam za słabą jakość zdjęć ale wszystkie były robione komórka w wirze zwiedzania).
 




poniedziałek, 10 listopada 2014

London Trip (part 1)

Lecąc do Londynu wyobrażałam sobie sceny z filmów jak np. ta z francuskiej wersji Lol'a gdy jechali do Anglii- wiecie, wiatr we włosach i jakaś fajna piosenka w tle. Nie było fajnej piosenki ale wiatr był- i to mocny. Biegaliśmy po Londynie jak wariaci, bo za nasz cel uznaliśmy zwiedzienie całej stolicy w 2 dni i myślę, że nieświadomie pobiliśmy rekord Guinnessa.
 
Zaczęliśmy spokojnie od zostawienia rzeczy w hotelu, a potem polecieliśmy do Hyde Park'u. Dokładniej chcieliśmy zobaczyć Speakers' Corner. Posłuchać ludzi na tyle odważnych, że przychodzą do parku po to, aby wygłaszać swoje poglądy. Przeszliśmy koło tego miejsca dobre kilka razy. Okazało się, że oni są tam jedynie w niedzielę, a ja mogłam już tylko wyrazić moje poglądy (przed wspaniałą publicznościa jaką stanowili rodzice) na temat własnej niekompetencji.

Nieco speszeni poszliśmy na Trafalgar Square- na szczęście kolumna Nelsona nie przychodzi tylko w niedzielę. Naszym oczom ukazały się też inne, dosyć intrygujące rzeczy takie jak: wielki niebieski kogut czy... latający mistrz Yoda...




Doki św. Katarzyny:




(Najlepsza restauracja w jakiej jadłam (i obsługiwał nas Polak))
 
Postanowiliśmy urozmaicić sobie powrót i wybraliśmy wodny środek transportu. Nie było to jednak spowodowane chęcią zmiany perspektywy patrzenia na Londyn, ale buntem naszych nóg.
 
 
I tym oto miłym akcentem skończył się nasz pierwszy dzień w Anglii.
(P.S. Przepraszam za jakość zdjęć, ale wszystkie były robione komórką w wirze zwiedzania)